Ostre światło ulicznych lamp wpadało do niewielkiego pokoju, oświetlając wątłą sylwetkę szatynki, nerwowo kręcącej się po pomieszczeniu i wrzucającej porozwalane ciuchy to wojskowej torby, stojącej na drewnianej podłodze. Ze strachem w szarych oczach spojrzała na drzwi, gdy usłyszała dźwięk otwieranej furtki. Nie tak miało być. Jej ojciec miał być w jednym z tych żałosnych pubów, do których chodził i upijał się do nieprzytomności. Schowała torbę pod łóżko i wpełzała do niego, ukrywając się pod ciepłą kołdrą. Serce biło jej niemiłosiernie, zadając ból przy każdym uderzeniu. Kroki natężyły się, by po chwili całkowicie ucichnąć, co oznaczało że ojciec poszedł do swojego pokoju. Odetchnęła z ulgą i spojrzawszy na telefon, wstała z łoża. Wyciągnęła walizkę i upewniając się, że wszystko zostało spakowane, jak najciszej umiała zeszła po kręconych schodach i już po chwili stała cała przemoczona na chodniku, dwie ulice dalej od jej domu, czekając na przyjaciół.
Udało się. Od teraz miała być spokojna, nie musząca martwić się czy przeżyje kolejny dzień. Jednak wszyscy wiemy jakie los lubi płatać figle i komplikować nam życie.
od autorki: No i o to prolog. Mam nadzieję, że wam się spodoba i zostawicie szczere opinie w komentarzach. Pierwszy rozdział nie wiem kiedy. To zależy od weny. Jeszcze raz proszę o szczere komentarze!